Duda Paiva: „Teatr jest aktem demokratycznym, gdzie idee i emocje są dzielone” | wywiad

26.01.2022

Duda Paiva to pochodzący z Brazylii twórca, lalkarz i tancerz. We wrocławskiej Filii Akademii Sztuk Teatralnych ten ceniony na całym świecie artysta reżyseruje spektakl dyplomowy studentów IV roku Wydziału Lalkarskiego „Złe zabawy”, który swoją premierę będzie miał 29 stycznia 2022 r. Przy tej okazji porozmawialiśmy z nim na kilka tematów związanych z teatrem, lalkami i tańcem.

W jaki sposób pochodzący z Brazylii artysta-lalkarz, performer i tancerz trafił do Polski?

Ponad połowę swojego życia spędziłem w Holandii, wcześniej, do 17 roku życia mieszkałem w Brazylii (gdzie się urodziłem), a następnie w Indiach i Japonii. Technicznie rzecz biorąc, można mnie określić mianem „Holendero-Brazylijczyka”, ale mam głęboki związek z polskim lalkarstwem. W 2007 roku zostałem zaproszony przez Marka Waszkiela (byłego dyrektora artystycznego Teatru Białystok) do wyreżyserowania spektaklu „Fasada” i prowadzenia zajęć w jego akademii. Od tego czasu jestem stale zaangażowany w platformy artystyczne i edukacyjne w Polsce.

W AST Wrocław przygotowujesz spektakl „Złe zabawy” do tekstu Maliny Prześlugi. Czego publiczność może się po nim spodziewać?

To już moja druga współpraca z Maliną. Pierwszy raz współpracowaliśmy przy projekcie dla dzieci „Zapomniane bajki” w Tetrze Animacji w Poznaniu. Dobrze się poznaliśmy i stwierdziliśmy, że chcemy nadal razem pracować. Rzadko się zdarza, żeby dramaturg rozumiał świat lalkarski. Lalkarstwo wymaga innego rytmu i specyficznej mentalności, którą niewielu pisarzy jest w stanie zapewnić.

„Złe zabawy” są swoistym hołdem dla pierwszej mentorki medycyny sądowej Francis Glessner Lee, która w latach 50. zrewolucjonizowała wydziały policji w USA, używając w śledztwach „domków dla lalek”. To dzięki nim badała pełną panoramę miejsc zbrodni. Jej metoda stosowana jest do dziś. Widzów czeka dynamiczny, multidyscyplinarny thriller. To naprawdę będzie świetna rozrywka.

No właśnie, sztuka będzie opowiadać o głośnych morderstwach dokonywanych w Polsce na przełomie wielu lat. Skąd taki wybór tematu?

Jak mówi Dorotka z Czarnoksiężnika z Oz: „Nie ma to jak w domu”. Poprzez zbrodnie możemy się wiele dowiedzieć o naszych ludzkich archetypach, o  tym, jak bardzo jesteśmy mroczni i ambiwalentni. Lokalne przestępstwa podkreślają nie tylko naturalne cechy, ale także prawdziwe barwy danego społeczeństwa. Wiele z badanych przez nas przestępstw związanych jest z mizoginią, przemocą domową, samobójstwami, zastraszaniem związanym z orientacją seksualną w Polsce. Frances Glessner Lee i jej „domki lalek” stały się subtelnym i skutecznym sposobem na rzucenie światła na tematy, które zostały zepchnięte w cień.

W Polsce teatr lalek kojarzy się z produkcjami skierowanymi do dzieci, nie do osób dorosłych. Jakbyś przekonał dojrzałego widza, że warto przyjść na spektakl lalkowy?

Przekonanie, że lalkarstwo jest postrzegane tylko dla dzieci, musi się jak najszybciej zmienić. To wszystko zaczyna się to od tego, jak o nim piszemy i mówimy. Znam wiele osób, które kochają i szanują lalkarstwo dla dorosłych. Polska jest szczęśliwym krajem, który oferuje wysoki poziom edukacji dla osób zainteresowanych karierą lalkarza. Wierze, że kiedy ktoś z widzów obejrzy dobry spektakl lalkarski dla dorosłych, zawsze będzie skłonny wrócić do teatru, aby obejrzeć inne podobne projekty. Współczesne lalkarstwo jest z pewnością odświeżającym idiomem teatralnym, który może zrewolucjonizować przedstawienia na żywo. Musimy jednak zmienić nasze podejście do niego. Najlepiej od zaraz, najlepiej od sztuki „Złe zabawy” (śmiech).

Co jest takiego w lalkach, że postanowiłeś poświęcić im swoje życie zawodowe?

W mojej karierze tancerza współczesnego czułem się coraz bardziej oddalony od publiczności. Projekty, w których brałem udział, miały tendencję do bycia pochłaniającymi siebie i oddalającymi się ode mnie. Potrzebowałem przywrócić most pomiędzy mną a publicznością. Lalkarstwo pomogło mi naprawić tę lukę. Poezja, humor i taniec ożyły na nowo, gdy nauczyłem się, jak dać lalkom, i przy okazji sobie samemu, życie. Wkrótce zacząłem rozwijać metodę „Object Score”, która była dostępna dla artystów różnych dyscyplin w ramach sztuk performatywnych, takich jak tancerze współcześni, śpiewacy, aktorzy, tancerze miejscy, artyści cyrkowi. Technika ta pozwala performerowi na tworzenie choreograficznych wzorów dla dwóch lub więcej ciał pod kontrolą jednego umysłu, co generuje organiczną, poetycką iluzję.

W spektaklu „Blind”, który współ-wyreżyserowałeś, zderzasz się ze swoimi wspomnieniami z dzieciństwa, kiedy borykałeś się z różnymi problemami zdrowotnymi. Czy przygotowanie tak osobistej sztuki miało na ciebie oczyszczający wpływ? Zmieniło w jakiś sposób twoją perspektywę?

Do współreżyserowania spektaklu zaprosiłem amerykańsko-australijską reżyserkę Nancy Black. Przedstawienie było o mojej własnej niepełnosprawności w konfrontacji ze społeczeństwem (całe dzieciństwo i młodość walczyłem ze ślepotą). Pani Black miała osobistą historię związaną z tym tematem (jej własna córka była niepełnosprawna). Nie chcieliśmy zrobić spektaklu o pokonywaniu barier, naszym zamiarem było stworzenie tableau-vivant z wrażliwego stanu umysłu i wejście w interakcję z publicznością. Chcieliśmy zrobić wystawę naszego wewnętrznego chaosu i pozwolić publiczności uleczyć nas lub… zniszczyć. W tym celu zaprosiliśmy niektórych członków publiczności, aby siedzieli na scenie przez cały czas trwania spektaklu. To, czego doświadczyliśmy, było zbiorowym, spontanicznym procesem uzdrawiania. Spektakl zmieniał smak każdego dnia, zawsze zależało to od tego, kto siedział tam danego dnia. Dzięki za to pytanie, bo jest to jeden z moich ulubionych spektakli!

W twoich przedstawieniach tematy związane ze wspomnieniami, pamięcią i osobistą historią pojawiają się dość często. Dlaczego to właśnie one tak bardzo cię absorbują?

Często pociągają mnie osobiste historie. Każdy z nas ma swój bogaty świat. To jest kwestia tego, co każdego z nas inspiruje. Mnie inspirują ludzie w ogóle. Nie ci, których widzę w filmach czy książkach, ale ci, którzy mieli prawdziwy wpływ na moje życie. Jest to proces polegający na zaufaniu wewnętrznym potworom i docenieniu ich jako części twojego wewnętrznego wzrostu. To jest wzmacniające!  Dlatego składam im hołd w moich pracach. Być może długotrwałe przebywanie w ciemności (z powodu choroby oczu) spowodowało, że zetknąłem się z mieszkańcami świata, który zaludniają cisza i krzyk, światło i ciemność.

W swojej artystycznej drodze przeszedłeś drogę od tancerza do samodzielnego twórcy teatralnego. Zdarza ci się jeszcze tańczyć w życiu zawodowym? Czy jest to jednak dla ciebie temat zamknięty?

Wciąż jestem aktywny na scenie, tańczę na tyle, na ile może to robić mężczyzna w moim wieku. W nowym solowym projekcie Duda Paiva Company „Bruce Marie” traktującym o transhumanizmie śpiewam, tańczę i daję życie marionetkom przez 70 minut non stop. „The show must go on, no matter what it costs” – to fragment piosenki z przedstawienia, skomponowanej przez Flipa Normana i współreżyserowanej przez niesamowitego Neville’a Trantera.

W jednym z wywiadów powiedziałeś: W swojej pracy zadaję sobie pytanie, jak za pomocą poruszających się ciał mogę wyjaśnić, co to znaczy być człowiekiem. Kim jesteśmy w głębi naszego istnienia. Czy lata spędzone w teatrze przybliżyły cię do odpowiedzenia sobie na pytanie „kim jesteśmy”?

Nie mogąc występować w teatrach na całym świecie z powodu lock-down’ów przypomniałem sobie o sile mojego zawodu. Im bardziej my, wielbiciele sztuki na żywo, jesteśmy szufladkowani przez naszych polityków jako nieistotni, tym bardziej dostrzegam grę w manipulowanie masami (wielka ironia dla lalkarzy) poprzez przedkładanie konsumpcji nad świadomość, ignorancji nad mądrość, strachu nad zaufanie. Teatr jest przede wszystkim aktem demokratycznym, gdzie idee i emocje są dzielone. Pytanie nie brzmi: kim jesteśmy, ale czym się stajemy.

Rozmawiał: Kamil Downarowicz

(Fot. J.Ivanc/arch. Duda Paiva)