prof. Igor Przegrodzki

Blondyn w okularach, trzyczęściowym garniturze z laseczką

Igor Przegrodzki

Dziekan Wydziału Aktorskiego 1979-1987

Igor Przegrodzki, wybitny aktor teatralny i filmowy i telewizyjny; aktor- legenda przez 50 lat swojego zawodowego życia związany z Teatrem Polskim we Wrocławiu; jeden z ostatnich arystokratów sceny, urodzony 15 kwietnia 1926 roku w Landwarowie na Litwie, zmarł 27 lipca 2009 roku w Skolimowie.

Jego wypowiedź, dotyczącą historii Wydziału Aktorskiego i Jego dziekanowania, jako pierwszego dziekana wrocławskiego Wydziału, zamieszczoną w publikacji poświęconej 25-leciu Wydziału Aktorskiemu we Wrocławiu, przedrukowujemy tutaj w całości, ze względu na niezmierny szacunek dla Jego osoby i historii, czasem zawiłej i skomplikowanej, która stoi u zarania naszego Wydziału.

Lata mojego dziekanowania były początkami Wydziału Aktorskiego. Dodatkowo było to tak dawno, że większości rzeczy już nie pamiętam. Przypominam sobie jednak, że do głosu dochodziły często silne emocje, wynikające z zaangażowania wszystkich moich sił w tworzenie we Wrocławiu samoistnego Wydziału Aktorskiego, który byłby niezależny od krakowskiej PWST.

Początkowo jednak cele nie były aż tak ambitne – najważniejszym z nich było otworzyć ten Wydział, zacząć rok, powołać do życia szkołę. To było najistotniejsze. Dopiero wówczas można było starać się o więcej. Ostatecznie musiałem zostawić wszystko – nie udało mi się doprowadzić do uniezależnienia od Krakowa. Może byłem za słaby w tych działaniach. Może przeszkodził fakt, że od zawsze byłem bezpartyjny. Widocznie tak musiało być.

Jako podporządkowani szkole krakowskiej, stamtąd otrzymywaliśmy wszelkie służbowe polecenia i naszym zadaniem było ich wprowadzenie. Dlatego na to stanowisko przeważnie wybiera się osoby, którym można zaufać, że będą dawać z siebie maksimum zaangażowania i podporządkowania. Obecnie żyjemy w czasach, kiedy każdy spełnia jakąś funkcję. A ja zawsze zadaję pytanie: “Gdzie jest to, co najważniejsze? Gdzie jest człowiek?” Funkcja pozostaje na drugim planie, gdy człowiek mądrze myśli. Wszyscy dobrze wiedzą, jakie są obowiązki dziekana: czasami pomóc, innym razem przywołać kogoś do porządku, niekiedy też skreślić z listy studentów – to jest przedmiotowe traktowanie ludzi!

Oczywiście były takie momenty, kiedy musiałem postawić kogoś na baczność, ale nie po to, aby ratować siebie, ale sprawę dużej wagi, którą mi powierzono.. To nie było proste. Jako dziekan byłem za wszystko odpowiedzialny – dobierałem grono wykładowców, później musiałem też być konsekwentny i pilnować tego, czego inni nie dopilnowali.

Zdarzały się również i kłótnie, szczególnie w sytuacjach, które wymagały ode mnie tego, abym postawił na swoim. Nie należały one do rzadkości. Pamiętam jedną z nich. Było to podczas egzaminu wstępnego. Na sali siedziało całe grono pedagogiczne i spierało się o Cezarego Żaka. Za moją sprawą zostało przegłosowane jego przyjęcie do Szkoły. Byłem stanowczy, gdyż uważam, że musimy w teatrze zbierać różne gatunki aktorstwa – wewnętrzne i zewnętrzne. Cieszę się, że moja ówczesna pozycja dziekana umożliwiła mi dopięcie swego, ponieważ Żak jest wspaniały w sensie pracy i prawdy wewnętrznej.

Jako pedagog uciekałem jednak od przymusu, co nie oznacza, że nie wymagałem od studentów dyscypliny w postaci punktualności i dobrego przygotowania do zajęć. To zaowocowało – nazwiska, które oglądamy teraz w telewizji, to w wielu wypadkach wychowankowie mojej kadencji. Celowo nie używam tu powiedzenia “mój student”. Bo co to znaczy? To jest relacja moja ze studentem albo nawet więcej: relacja student – profesor. On mnie zapładnia do działania. W tej konfiguracji nie może być inaczej, bez względu na to, czy uczymy kobietę, czy mężczyznę. Czasami trzeba pomóc, czasami pokrzyczeć. Przez niego ja się tworzę i odwrotnie. Nawet jeśli zdarza się nie lubić kogoś od pierwszego wejrzenia, to nie powinno to wpływać na proces kształcenia. Tym bardziej, że nigdy nie wiadomo, czego po drodze nauczymy się od siebie wzajemnie.

Niestety praca pedagoga nie obeszła się bez potknięć. W pewnym sensie czuję się winny za studentów, którzy dobrze się zapowiadali, a potem się zepsuli. Mój błąd polegał na tym, że nie umiałem dojść do środka, by usłyszeć wszystkie dźwięki tej ich ogromnej wewnętrznej klawiatury. To jest naprawdę trudne. Bywa, że człowiek pod wpływem dochodzenia do perfekcji zmienia się na niekorzyść. Ideałem byłoby takie postępowanie ze studentami, które prowadziłoby ich do odnajdywania siebie w słowach nauczyciela. Jednocześnie trzeba mówić studentom, by nie pozwolili siebie nikomu zmieniać, nawet nauczycielowi.

W wynikach studentów widziałem odbicie mojej pracy. Brakuje mi ich, chociaż obecnie nie chciałbym powrotu do szkoły w charakterze pedagoga; takie obowiązki zmuszałyby mnie do innego życia. W momencie, gdy odszedłem z uczelni, z pełną świadomością, konsekwentnie pozostaję poza nią. Ale gdyby to inaczej wyglądało, gdyby wrocławskiemu Wydziałowi została przyznana autonomia, rektorat… Stało się jednak inaczej.

Tuż przed wyborami w Krakowie graliśmy przedstawienie na wyjeździe, Bardzo się rozchorowałem i nie wiedziałem, jak poradzę sobie na scenie z okropną chrypką. Dodatkowo otrzymałem informację o wyborach w Krakowie. Myślałem tylko o tym, aby się nie denerwować, bo najważniejsze w tym momencie było to, żeby dobrze zagrać w spektaklu. Ratując się mocnymi lekami wystąpiłem, a zaraz potem pojechałem do Krakowa. Tam, jak zawsze w takich okolicznościach, zgromadzone było całe środowisko. Odbyło się głosowanie. Przegrałem 11:5.

Gdy o tym dzisiaj myślę, przykro mi, że nie dano mi możliwości, abym został rektorem. Po tym, jak zaczynając razem z Arturem Młodnickim od Studia Dramatycznego przy Teatrze Polskim, włożyłem tyle pracy i zaangażowania w tworzenie szkoły. Chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że samodzielny status uczelni wymaga ogarnięcia absolutnie wszystkiego, sądzę, że udźwignąłbym ciężar większej odpowiedzialności, jeżeli tylko wiązałoby się to z całkowitą niezależnością od krakowskiej PWST. Uczciwie muszę dodać, że zależało mi  wtedy na wygranej, ale z perspektywy czasu śmieszy mnie cała ta sytuacja. Wiem, że sam dla siebie miałem rację. Obecnie szkoda czasu na dociekania, kto i czy się mylił.

Z upływem czasu coraz bardziej dystansowałem się do tamtych wydarzeń. Przyznam, że w tej chwili nie jestem już na bieżąco z informacjami ze szkoły. Niemniej jednak nadal twierdzę, że nieustannie powinno się walczyć o autonomię dla wrocławskiego Wydziału Aktorskiego. Moim zdaniem miasto na to stać, tym bardziej, że można by otworzyć przy szkole wydział historii sztuki i malarstwa dekoracji. Powinno się szukać różnych rozwiązań, które prowadziłyby do tego celu. Teraz nic już jednak nie zależy ode mnie. Ja się spełniłem. Lepiej, gorzej…zamykam ostatnie strony tej powieści.

Z okazji jubileuszu 25-lecia Wydziału Aktorskiego życzę studentom nieustannego rozwoju na drodze ku doskonałości, przy jednoczesnym szacunku dla przeszłości i tradycji, to ona bowiem rozbija człowieka na części, by potem stworzyć z niego jednolitą całość.Ponadto życzę dużo dobrego, wielu pięknych egzaminów, pedagogów i dyplomów.

Cyt. za: Wydział Aktorski we Wrocławiu 1979-2004. Materiały, źródła i dokumentacja dziejów szkolnictwa teatralnego we Wrocławiu, opracowanie i redakcja Ireneusz Guszpit, z prac badawczych Wydziału Aktorskiego we Wrocławiu, wyd. PWST im. L. Solskiego w Krakowie, Wydziały Zamiejscowe we Wrocławiu, Wrocław 2004, s.73-76. Wysłuchały i spisały: Maria Kumpiń I Maria Łacheta.

fot. https://www.wroclaw.pl/…/spotkanie-wspomnieniowe-o