RECENZJE

Studenci Recenzują studentów! Zapraszamy do lektury tekstów studentów Studenckiego Koła Naukowego Teatrologów „Dalej” UWr !

1984, Precz z Wielkim Bratem

Wiktoria Mirosław (Uniwersytet Wrocławski)

Historia opisana w książce Orwella, dobrze nam znana na podstawie doświadczeń w obecnym świecie, zachwyca w wykonaniu aktorów Wydziału Aktorskiego AST we Wrocławiu. Spektakl 1984 wykonany pod opieką pedagogiczną Bożeny Klimczak jest popisem niezwykłych choreografii, precyzyjności i synchronizacji występujących. Poradzili sobie świetnie, przetwarzając opowieść wyłącznie za pomocą ruchu i kilku wypowiadanych kwestii – sześciu aktorów, kilka rekwizytów i wyświetlane w tle filmiki okazały się wystarczające. Na szczególne uznanie zasługują ich imponujące umiejętności w grze mimiką twarzy. Kamil Bartkowiak, Maria Pisera, Marcjanna Siedler, Viet Anh Do, Grzegorz Kumorkiewicz i Piotr Markiewicz dobrze radzą sobie w precyzyjnych i subtelnych zmianach ekspresji, które wraz z układem ruchowym znakomicie zbudowały sens spektaklu.

Odejście Głodomora / 23.11

Wiktoria Mirosław (Uniwersytet Wrocławski)

Pochodzący z Białorusi reżyser, Siarhei Artsiomenka, intepretuje Odejście Głodomora Różewicza poprzez pryzmat własnego kraju. Sama realizacja dramatu jest przyzwoita, spektakl bez problemu skupia na sobie uwagę widza za pomocą błyskotliwego humoru i dynamicznej akcji. Mateusz Guzowski, Alicja Smaczny i Dominika Banaszek dobrze odnajdują się w charakterystycznych, mocnych postaciach, dając znakomity popis aktorski.

Scenografia wykonana przez Natalię Węclewską doskonale oddaje charakter spektaklu, w którym postacie porównane są do krów i świń – podłoga wysypana jest żwirem, a po prawej stronie sceny znajduje się wiejski wychodek. W centrum jest niewielka ściana z prostokątnym otworem, jednocześnie pełniąca funkcję telewizora, z którego aktorzy nadają wiadomości oraz okna do celi Głodomora.

Kilkukrotnie podczas występu gaśnie większość świateł dając reżyserowi, występującemu w tytułowej roli, moment na autorskie wstawki o jego doświadczeniach. Rozwiązanie samo w sobie jest ciekawe, ale powoduje dysonans w narracji, zabierając mu płynność. Zapowiadane nawiązania do Białorusi są zbyt subtelne przez co potencjał spektaklu nie został wykorzystany – krótkie monologi Głodomora wydają się niewystarczające, zbyt ogólne, gubią się w akcji dramatu.

Siarhei Artsiomenka jest zdecydowanie utalentowanym reżyserem, poradził sobie dobrze z przeniesieniem utworu Różewicza na scenę, ale wprowadzenie tematu Białorusi mogłoby być zdecydowanie śmielsze.

Romans. Czy kiedykolwiek przeprosiłeś swoje ciało?

Wiktoria Mirosław (Uniwersytet Wrocławski)

Niektóre spektakle są w stanie rozkochać nas w sobie, nie tylko poruszanym tematem, ale także techniką i Romans Natalii Sakowicz zdecydowanie należy do jednych z nich. Występ jest monodramem, jednak niezwykłe umiejętności aktorki w pracy z lalką stwarzają iluzję, że na scenie znajdują się dwie osoby, a nie jedna. Natalia Sakowicz sprawia wrażenie, jakby animacja lalki wielkości człowieka (Marty) była dla niej tak naturalna, jak oddychanie, a Marta była nieodłączną częścią jej ciała. Precyzyjność ruchów, niezawodny rytm, umiejętna modulacja głosu tchnęły w lalkę duszę, czyniąc ją na czas spektaklu człowiekiem. Nie sposób adekwatnie opisać mistrzowskich umiejętności animatorki, można ich doświadczyć tylko własnymi oczami. Dzieło sztuki jakim jest Marta została stworzona przez Olgę Ryl – Kwiatkowską. Precyzyjnie wymodelowane piersi, włosy i rysy twarzy oraz użyty materiał (gąbka obszyta szarym materiałem) czynią lalkę piękną, a jej ruchy naturalne jak u człowieka.

Ilość wypowiadanych kwestii jest dobrze wyważona przez większość spektaklu, stanowiących dopełnienie do narracji ruchowej. Niestety pod koniec pojawiają się zbyt długie monologi, zaburzając rytm świetnie do tej pory poprowadzonej dramaturgii. Tekst śmiało mógłby zostać skrócony, aby uniknąć momentami łopatologicznego wyjaśniania tego, co przed chwilą ujrzeliśmy na scenie.

Natalia Sakowicz daje widzowi pozorne poczucie bezpieczeństwa rozpoczynając spektakl sceną, w której ona i lalka wzajemnie eksplorują swoje ciała w delikatny, czuły sposób. Dotknięcie policzka, piersi, przesunięcie dłoni po włosach, pocałunek złożony na skroni, rozwijają się powoli w sensualny układ taneczny, emanujący przyjemnością i ukojeniem. Odprężona, leżąca na podłodze lalka i aktorka wydobywająca dźwięki z kieliszków wypełnionych wodą, nas samych wprowadzają w odprężenie.

Ten stan nie trwa długo, kontakt aktorki z lalką powoli przemienia się z delikatnego i figlarnego w coraz twardszy, manipulujący, aby ostatecznie stać się brutalnym i bez litości. Słowa wypowiadane łagodnym tonem są fałszywie troskliwe, separujące Marty od bliskich i uzależniające ją od partnerki. Natalia, do tej pory podporządkowana przyjemności ukochanej, ignoruje jej podstawowe potrzeby. Gdy na chęć przeprowadzki i słowa „płaski krajobraz mnie niepokoi” pada propozycja zamieszkania nad morzem, w głowie zapala nam się czerwona lampka. Kolejne manipulacje, opowieści o byłej dziewczynie, zapewnienia, że Marta jest „inna niż reszta” i nie poradzi sobie bez Natalii, pokazują nam, że kobiety nie są równorzędnymi partnerkami.

Obserwujemy jak animatorka chwyta Martę brutalnie za kark i zmusza ją do wykonania utworu Simple song #3 Davida Langa. „I feel complete, I lose all control” rozbrzmiewa, gdy dociera do nas, że jesteśmy świadkami postaci zmieniającej swoją partnerkę w bezwładną marionetkę. Tak jak my postrzegamy Martę wyłącznie jako lalkę, niektórzy postrzegają innych ludzi. Od tego momentu losy lalki są coraz gorsze – nie jest w stanie zrobić już nic o własnych siłach, jest oddana na łaskę osoby, która mimo tego że raz po raz pomaga jej się podnieść, jest powodem, przez który ciągle upada. Pod koniec spektaklu jest potraktowana jako nic więcej niż sterta starych szmat.

Rola, którą gra Natalia Sakowicz, nie jest jednoznaczna – zdaje się być wieloma osobami naraz: toksyczną partnerką, przygodą na jedną noc, głosami krytyki słyszanymi przez lata przez wiele osób oraz, na samym końcu, samą Martą. Romans opowiada o osobie, która po latach doświadczania przemocy odkrywa, że ona sama stała się jednym ze swoich oprawców. Monodram Natalii Sakowicz stanowi ujmujące studium bliskości, relacji z innymi ludźmi i – przede wszystkim – samym sobą.

(Nie)dostępny świat przedmiotów w I’ll make a hole so I can stick out of it 

Zuzanna Madurska, (Uniwersytet Wrocławski). 

Długi stół, a na nim metalowe rurki, mała łódka, gniazdo i wiele innych przedmiotów, pozornie zupełnie ze sobą niepołączonych. Berta Doubková z Akademii Sztuk Performatywnych w Pradze, autorka koncepcji, scenografii oraz wykonawczyni spektaklu I’ll make a hole so I can stick out of it, eksplorując możliwości zgromadzonych obiektów, pozwala im opowiedzieć historię o sobie. Dzięki zaskakującym połączeniom ciekawych wizualnie materiałów performerka tworzy instalację, poprzez ożywienie której zaprasza do wglądu w tajemniczy świat rzeczy znanych z codzienności. 

Niedługi spektakl teatru przedmiotów odsłania przed widownią nowe spojrzenie na zgromadzone obiekty – wyłania ich nieoczywiste cechy i możliwości, przemieniając je ze zwykłych rzeczy w bohaterów historii. Opowieść ta nie jest jednak rozbudowaną narracją, w której przedmioty stanowią materię gry – to raczej krótkie etiudy, w których obiekty są centrum wydarzeń, a ich ruch pobudza wyobraźnię widowni i skłania do metaforycznego spojrzenia na zwykłość. 

Historia zdaje się nosić znamiona poetyckich obrazów – delikatnych, szczegółowych, skupiających się na wrażliwej obserwacji otoczenia. Wrażenie to może być wynikiem procesu, w jakim powstał spektakl. Berta Doubková bowiem początkowo stworzyła teksty liryczne, do których dobierała przedmioty – gromadząc je w różnych miejscach, starając się dać zapomnianym rzeczom drugie życie. Gdy zaczęła łączyć tekst z wierszami, uświadomiła sobie jednak, że obiekty bronią się same przez swoją obecność i potencjał interakcji z otoczeniem. I efektem takiego spojrzenia na świat przedmiotów jest spektakl I’ll make a hole so I can stick out of it

Taki rodzaj teatru na pewno wymaga od widowni specyficznego typu uwagi, wzbudza również specyficzne emocje. Obserwowanie animowanego świata przedmiotów może powodować chęć głębszego wniknięcia w centrum, fizycznego obcowania z przedmiotami – dotknięcia ich, namacalnego zbadania możliwości, wykreowania własnej historii. Ze względu na konwencję takie manewry nie są jednak możliwe, a widowni pozostaje wzrokowe podążanie za działaniami performerki. Ta niedostępność oddziałuje też na innym poziomie. Metaforyczna interpretacja świata przedmiotów kreowana jest inaczej przez osoby obserwujące, a inaczej przez performerkę – niemożność poznania procesu myślowego wykonawczyni konfrontowane jest ze ściśle ustalonym planem animowania przedmiotów. Blokada stojąca na drodze do wniknięcia w działanie i jego uzasadnienie z jednej strony frustruje, a z drugiej nobilituje spektakl I’ll make a hole so I can stick out of it – pokazuje, jak zaskakujący jest świat obiektów i jak wiele można z niego wyciągnąć, jeśli tylko będzie się chciało nad nim pochylić. 

Touch me, czyli studium dotyku, relacji i emocji / 23.11

Zuzanna Madurska (Uniwersytet Wrocławski)

Jeden z pierwszych spektakli festiwalu – Touch me – już od pierwszych minut prezentuje widowni wysoki poziom aktorski. Angelika Bosacka, Eliza Bilska i Nadine Gregor z Wydziału Teatru Tańca w Bytomiu Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie, wykorzystując swoją ogromną świadomość ciała, zapraszają do refleksji nad fizycznością – własną oraz wobec drugiego człowieka. W oparciu o ideę dyplomu scenograficznego z Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, aktorki tworzą krótkie studium dotyku w relacji
i towarzyszących mu emocji, w którym nastrój bezpieczeństwa, a także niepokoju współtworzy elektroniczna muzyka zespojona z ruchem.

Scenografia, definitywnie kontrastująca z delikatnością jasno ubranych aktorek, od pierwszego spojrzenia na scenę budzi niepokój. Zwisające na łańcuchach konstrukcje czy leżące po obu stronach sceny ostre ręce-gałęzie z rur aluminiowych biją chłodem i obcością. Tym samym materiałem otoczony jest Filip Wydma – muzyk, siedzący z przodu sceny, tyłem do grupy odbiorczej, odpowiadający za koordynację dźwięków równoczesnych ruchom aktorek. Jego pozycja – zarówno względem widowni, jak i planu gry, sprawia wrażenie zagadkowej, ale
i władczej. Nie ujawniając bowiem swojej twarzy, muzyk bez większego ruchu czuwa, kontroluje sytuację sceniczną, w której dochodzi do zbliżeń i intymnych, emocjonalnych interakcji. Wszystkie te elementy mogą powodować wrażenie, jakby dotyk był zagrożony
w nieprzyjaznym mu otoczeniu.

Opowiadana na scenie historia prowadzi widownię przez różne rodzaje fizyczności. Eksplorowany jest dotyk własny, otoczenia, lecz przede wszystkim bliskość w relacji, w różnych jej stadiach – od nieufności w poznawaniu, przez zazdrość i złość, po głębokie bezpieczeństwo emocjonalne. Angelika Bosacka, Eliza Bilska i Nadine Gregor obrazują te etapy przez przyjemne estetycznie sceny – wykorzystując możliwości swoich ciał, tworzą grupowe figury. Eksponując dopasowanie poszczególnych części ciała do organizmu drugiej osoby, zwracają uwagę na rolę bliskości i akcentują konieczność mówienia o dotyku. W swoim projekcie nie pomijają jednak faktu, że dotyk może również ranić – na szczególną uwagę zasługuje tu scena z użyciem aluminiowych rąk-gałęzi, które dwie aktorki w pewnym momencie nakładają na swoje dłonie. Ostre zakończenia animowanych elementów, a przede wszystkim fakt ich odrębności i obcości wobec ciała, pokazują, że dotyk nawet bliskich osób może być czasami krzywdzący i niepożądany.

Touch me to spektakl na niewątpliwie wysokim poziomie warsztatowym – wysoka świadomość ciał aktorek, ciekawa koncepcja muzyczna oraz kontrastująca, chłodna scenografia tworzą całość spójną estetycznie, audiowizualnie. Czasami jednak chciałoby się więcej – aby te cieszące oko i ucho sceny doprowadziły do przełamania przyjemnej plastyczności
i uświadomiły na temat dotyku coś więcej niż fakt jego istnienia. Mimo drobnego niedosytu emocjonalnego, który pozostawia spektakl, należy uznać go za niezwykle udany i dopracowany. Co ważne, polaryzacja prezentowanych obrazów dotyku i zwrócenie uwagi na jego różnorodny wpływ na drugiego człowieka zasługują na szczególne uznanie. Dzięki takiemu rozwinięciu historii autorki ruchowo-muzycznego performansu nie dyskredytują nikogo – ani tych pragnących dotyku, ani tych od niego cierpiących.

To się może nie udać (It may not work out) / 23.11

Wiktoria Mirosław (Uniwersytet Wrocławski)

Na samym początku przywitała nas reżyserka, tłumacząc nazwę wydarzenia: przygotowania do występu trwały 10 godzin, więc jak sama nazwa wskazuje, to się mogło nie udać. Samym tym wstępem, dzięki rozbrajającej szczerości, automatycznie zaskarbiła sobie przychylność widzów. Gdy przedstawiała piętnaście osób, które pracowały nad performansem, jej pomocnica wnosiła na scenę potrzebny sprzęt… oraz resztę performerów, ciągnąc ich za nogi po deskach sceny. Zapoczątkowali zabawę z dostępnymi przedmiotami, prosząc widownię o pomoc w utworzeniu twarzy z rekwizytów oraz własnych ciał. Stopniowo zapraszali na scenę coraz więcej osób, zachęcając do spontanicznych interakcji z przedmiotami i sobą nawzajem. Czerwone ogrodniczki, które mieli na sobie, przywodziły na myśl pracowników budowy, którymi jak się okazało, w pewnym stopniu byli – efektem była wielka konstrukcja złożona z tańczących widzów, utrzymujących rytm piosenki grającej w tle za pomocą swojego głosu, tupania i oklasków. Ostatecznie na scenie znajdowało się więcej osób niż na widowni, tworząc wrażenie jakby to osoby siedzące, niebiorące udziału w zabawie, były obserwowane i ocenianie. To my w tym momencie staliśmy się nietypowi. Performerzy za pomocą prostej, humorystycznej formy otworzyli festiwal z przytupem.

Lalka Hamleta intryguje i skłania do myślenia / 22.11

Alicja Kustroń (Uniwersytet Wrocławski)

Dwudziestego listopada 2024 r. miałam okazję obejrzeć spektakl pt. “Hamlet” wystawiony
w budynku wrocławskiej filii AST w ramach festiwalu Metaformy 2024. Przedstawienie zostało stworzone w ramach trzyletniego projektu realizowanego przez włoską Accademia de Eleonora Duse, która przyjechała do Wrocławia z Asolo.

Spektakl lalkowy był luźno inspirowany “Hamletem” Williama Szekspira i przez niemal cały czas jego trwania nie padły żadne słowa – wyjątkiem był słynny cytat “To be, or not to be, that is the question”. Sceny, jakie można było zobaczyć, konstruowane były na podstawie improwizacji.

“Hamlet” już od pierwszych chwil stworzył świetny nastrój. Głośna, niekiedy tajemnicza muzyka połączona została z ciemnością sali i jedynie małymi światłami, które odbijały się od ukazywanych przez aktorów przedmiotów, połyskując i lśniąc w oczach widowni. Pojawiały się też wazony, które rozszczepiały światło, tworząc przy tym niesamowite widoki. Na scenie widać było trzy lalki – smutnego, drewnianego Hamleta i dwoje kochanków – kolorowe harlekiny. Najbardziej intrygujący był jednak sposób ukazywania uczuć, wydarzeń i reszty postaci nie za pomocą lalek, lecz przedmiotów codziennego użytku. Noże, ekspres do kawy, czajnik i różnego rodzaju sprzęt kuchenny, raz miedziany, czasem srebrny, a niekiedy złoty, tworzące odblaski w zaciemnionym pokoju oraz rękawica stukająca o stół. Spektakl przez brak słów każe widzowi skupić się nie na mowie, lecz na uczuciach. Czasem zostawia go na pastwę własnych interpretacji i domysłów, które wyprowadzają go daleko poza akcję i skłaniają do rozmyślań.

Na widowni znajdowało się wiele osób zza granicy. Po wyjściu z sali słychać było ludzi żywo rozmawiających, w różnych językach, o tej sztuce teatralnej.

W sposób wyraźny przedstawione zostały uczucia lalek. Każdą z nich zajmowało się kilku aktorów, dbających o to, aby ruchy przedmiotów były nienaganne, płynne i oddane w sposób jak najbardziej realistyczny. Nastrój widowiska został świetnie utrzymany aż do samego końca. Wpływ na to miały m.in. odgłosy deszczu i inne dźwięki towarzyszące rozmyślaniom Hamleta. Na końcu sztuki padł słynny cytat, dzięki któremu ostatnie chwile spektaklu na długo zapadają w pamięć.

Wszystko było dokładnie przemyślane, od sposobu wykorzystania światła, aż po wygląd lalki Hamleta i dźwięki muzyki. Ani na chwilę nie spuszczałam wzroku ze stołu – małej sceny dla lalek – aktorów. O tym, co zaprezentowali aktorzy z Asolo, myślę jeszcze dzisiaj, dzień po premierze. Matteo Spiazzi doskonale spisał się jako reżyser, pozostawiając widza w niedosycie i z myślami o tym, co zobaczył. Sztuka trwała krócej niż godzinę, lecz czas ten minął niczym 10 krótkich minut.

Choć spektakl nie jest wiernym odwzorowaniem sztuki, lecz luźną adaptacją, stanowi widowisko przyjemne i posiadające odrębny wymiar filozoficzny z szerokim aspektem psychologicznym. Zakończenie sztuki jednym z najpopularniejszych cytatów w historii teatru pozostawia widza w zadumie. Osoba, która nie zna “Hamleta” Szekspira na wyrywki, nie będzie jednak w stanie w pełni dojrzeć wszystkich nawiązań do dramatu, gdyż lalki pozostały nieprzedstawione. Widz mógł jedynie mniej lub bardziej trafnie domyślać się ich imion. Spektakl skupia się przede wszystkim na początku tego dzieła, nie dochodząc do ostatnich scen i pomijając wiele wątków. Niemniej jednak uważam, że takie przedstawienie, choć częściowo tylko inspirowane dziełem Szekspira, jest nie tylko rzadkością, ale i czymś niesamowitym, co zwraca na siebie uwagę. Intryguje, wprawia w zadumę i udowadnia, że często to nie mowa jest najważniejszym elementem w komunikacji, ale wydarzenia i uczucia.

Lalka Hamleta intryguje i skłania do myślenia – o tym pomyślałam po wyjściu z sali. Sposób, w jaki aktorzy z Accademii Eleonora Duse zaprezentowali tak dobrze znaną sztukę, która doczekała się, zarówno na deskach teatru, jak i w literaturze, tak w Polsce, jak i na całym świecie, dziesiątek, jeśli nie setek nowatorskich przedstawień i wersji, została przedstawiona w sposób dotąd nieujęty – bez słów i za pomocą przedmiotów nieoczywistych. Cieszę się, że w natłoku codzienności znalazłam chwilę, aby wybrać się na to przedstawienie, które
z pewnością na długo zostanie w mojej pamięci.

BURZA / 21.11

Gabriela Zakrzewska (Uniwersytet Wrocławski).

Burza,Krakowskiej Akademii Teatralnej z filią we Wrocławiu, zaskoczyła nas już pierwszego dnia festiwalu.

Spektakl Burza w reżyserii Eweliny Ciszewskiej to próba odświeżenia tragedii Williama Shakespeara. Na scenografię spektaklu składają się przede wszystkim drewniane deski jakby rodem wyciągnięte ze statku Prospera. Prawie przez cały przebieg spektaklu akcji towarzyszy delikatna muzyka instrumentalna, a słowo na scenie jest ograniczone do minimum. Wszystkie kwestie, które się pojawiają to komentarze przełamujące  immersję, skierowane do widowni. Niestety, niektóre rozwiązania sceniczne i choreograficzne były zbyt dosłowne, wtórne i nie miały połączenia z historią, czy też tekstem oryginału. Kreacja bohaterów, mimo że aktorzy ,,czuli” swoje role, wypadła infantylnie. Szczególnie ucierpiała postać Kalibana, który stracił swoją głębię i został sprowadzony do rangi analfabety.

Prawiek i inne czasy / 21.11

Gabriela Zakrzewska (Uniwersytet Wrocławski).
W pierwszy dzień festiwalu mieliśmy szansę zobaczyć spektakl Prawiek i inne czasy Krakowskiej Akademii Teatralnej z filią we Wrocławiu.

Historia miejsca, do którego nie dociera czas. Prawiek i inne czasy w reżyserii Konrada Dworakowskiego to zderzenie minimalnej scenografii i maksymalnego operowania symbolem i dźwiękiem. Narracja prowadzona w formie etiud pozwala na krótką chwilę zbliżyć się do każdej z postaci. Zamknięci w magicznym centrum świata, upersonifikowani w kulkach, piłeczkach i przezroczystych bombkach. Koło jest zdecydowanie dominującym elementem konwencji tego spektaklu. Pojawia się nie tylko fizycznie na scenie, lecz także w ruchu reflektorów, czy w choreografii performerów. Młodzi aktorzy zatrzymują na chwilę czas i wciągają widownię w iluzjonistyczną sztuczkę. Jednak animowanie przedmiotów (nawet krzeseł!) i skoordynowana praca ciałem to nie jedyne zalety spektaklu – wrażliwe i pełne emocji odgrywanie tragicznych scen przyprawia wręcz o dreszcze.

Folklor Magic From Pirin / 20.11

Maria Karaś (Uniwersytet Wrocławski)

Podczas pierwszego dnia festiwalu mieliśmy niecodzienną okazję zagłębić się w barwny świat bułgarskiego folkloru. Grupa z Narodowej Akademii Sztuk Teatralnych i Filmowych ,,Kr.Sarafov” w Sofii angażuje widza, łącząc na jego oczach teatr tańca, śpiewu, warsztat lalkarski oraz aktorstwo dramatyczne. Prof. Bonyo Lungov, będący autorem i reżyserem spektaklu, postanowił w nietypowy sposób przepleść ze sobą tematykę natury oraz rozterki życia codziennego.

Folklor magic from Pirin to malownicza historia zbudowana ze słomy, drewna i gliny, która inspiruje, wyostrza zmysły i budzi wyobraźnię. Aktorzy nieustannie zaskakują widownię, animując niepozorne narzędzia, które stale przekształcane są na nowe symbole i tworzą całe scenariusze. Wszystko ma charakter wiejskiej opowiastki, okraszonej chwytającymi za serce zaśpiewami i energicznymi, ludowymi tańcami.

Twórcy, dzięki rezygnacji ze słów, znieśli barierę językową i sprawili, że bułgarska wieś dla wszystkich stała się namacalnie bliska i nostalgiczna.

Wierna Wataha – recenzja / 20.11!

Matylda Panthaler (Uniwersytet Wrocławski)

Festiwal Metaformy już od pierwszego dnia wystawia widza na ogromne emocje i przeżycia. Dowodem tego jest spektakl Wierna Wataha, którego tekstem, reżyserią, scenografią i choreografią zajmowali się Paweł Wolak i Katarzyna Dworak. Studenci IV roku Wydziału Lalkarskiego we Wrocławiu wykazali się ogromnym zaangażowaniem w tworzeniu swojego spektaklu dyplomowego – widać to zresztą od samego początku przedstawienia.

Na deskach Sceny Studio opowiedziana zostaje historia małego miasteczka, o którym nikt nigdy nie słyszał. Położone jest między Lizboną a Moskwą – jest hermetycznie zamknięte na resztę świata. Pod zasłoną bezpiecznego i spokojnego życia zaczynają tworzyć się konflikty, a kontrola, która zresztą jest wielowarstwowa i mocno wyeksponowana w całym przedstawieniu, doprowadza poszczególnych bohaterów do szaleństwa, próby wyłamania się z toksycznego społeczeństwa, która niestety w każdym przypadku kończy się porażką.

Głównym problemem rodu Wolfów jest to, że nie mogą oni wydać na świat syna, który mógłby zostać duchownym. Najważniejszy członek rodu, czyli Pierwszy, wyznacza jednego z mężczyzn do spłodzenia potomka. Ta ogromna presja prowadzi go do dramatycznych konsekwencji – wracając do domu, gwałci swoją żonę, ponieważ ma takie zadanie. Świadkami tego tragicznego wydarzenia stają się jego własne córki. Moim zdaniem ta scena była najbardziej przejmującym momentem całego spektaklu i zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Postać męża, w którą wciela się Tomasz Żurek, oraz matka Joanny (dziecka zrodzonego z tego gwałtu), grana przez Annę Bertman, są przedstawieni jako marionetki społeczeństwa. Ich ruchy są mechaniczne i sztywne, świetnie oddaje to problem kontroli nad własnym życiem.

W przedstawieniach teatralnych problem gwałtu należy do szczególnie trudnych do ukazania. Wymaga delikatności, oddania powagi problemu, nie popadając w wulgarność. W Wiernej Watasze scena ta została przedstawiona brutalnie, szczerze, ale też z dużym wyczuciem. Ukazano cierpienie kobiety w sposób, który nie umniejsza jej traumy, ale też nie epatuje niepotrzebną dosłownością. Uważam, że zespół odniósł tu ogromny sukces, mierząc się z tematem w sposób tak wyważony, ale i przejmujący.

Z gwałtu rodzi się, jak już wcześniej wspomniałam, Joanna – dziewczyna, która zgodnie z wolą Pierwszego ma zostać świętą. Bohaterka, grana przez Marię Głubisz, jest kolejną ofiarą systemu kontroli. Jej życie zostaje podporządkowane narzuconemu zadaniu, a ona sama nie może decydować o sobie, czy nawet nie może korzystać ze swojego dzieciństwa. Niestety, uważam, że wątek Joanny jest niedopracowany. Postać wydaje się płaska, mało rozwinięta, pozbawiona wyrazistości. Jedyną próbą wyrwania się z toksycznego społeczeństwa jest młodzieńcza miłość – motyw, który nie wnosi wystarczającej dynamiki.

Moje rozczarowanie nie byłoby tak duże, gdyby nie postać matki Joanny, granej przez Annę Bertman, która z kolei została stworzona bardzo wyraziście. Przechodzi ona niesamowitą przemianę. Jej doświadczenia – gwałt, poczucie ciągłej odpowiedzialności za wizerunek rodziny, a w końcu zdrada męża z jej siostrą – prowadzą do jej metamorfozy w wilczycę, która pragnie zemsty. Anna Bertman tworzy postać pełną skrajnych emocji: od chłodnej, poważnej żony i matki, po kobietę wypełnioną wściekłością, brutalnością i szaleństwem.

Kulminacją tej przemiany jest scena, w której prawie naga obcina włosy swojej siostrze. Moment ten jest pełen napięcia. Patrząc na to, czułam głęboki niepokój, ale też eksplozję lat tłumionej w niej złości. To właśnie ta rola była najmocniejszym punktem spektaklu.

Potencjał wątku sióstr Joanny, granych przez Adriannę Jagiełło, Alicję Smaczny i Natalię Urszulę Dudziak, nie został wystarczająco wykorzystany. Zazdrość i złość, czy siostrzana solidarność mogłyby być bardziej zgłębione. Niektóre sceny romansu ojca Joanny i Sabiny, granej przez Natalię Podymę, były zbędne. Przez te kwestie spektakl momentami wydawał się nużący – w szczególności, kiedy zestawimy ją z początkiem czy końcem przedstawienia.

Zakończenie, czyli uświadomienie sobie przez ojca Joanny, że jego próba wyłamania się ze społeczeństwa była porażką, jest niezwykle dynamiczne. Bohaterowie kręcili się wokół mężczyzny, obwiniając go za wszystkie jego czyny i wątpliwości, które są jak zaraza. Miało to w sobie charakter szaleńczego, strasznego tańca.

Warto zwrócić uwagę na motywy ludowe. Kostiumy miały w sobie elementy folkloru słowiańskiego, ale zostały uszyte z ubrań sportowych. Nadawało im to szczególny i niecodzienny charakter. Elementy baśniowe, takie jak przemiana kobiety w wilczycę czy bracia, grani przez Patryka Sztęborowskiego, którzy przypominali ciche, dyskretne sowy obserwujące konflikty i tajemnice mieszkańców, subtelnie podkreślały tę ludowość.

Motyw kontroli był obecny nie tylko w fabule czy postaciach dramatu, ale także w scenografii. Kolorowe szafki, z których wychodzili i wchodzili aktorzy, można odczytywać jako presję i ograniczenia systemu miasteczka. Z kolei ruchome, piętrowe platformy zbudowane z metalowych rur, na które wchodzili bohaterowie, przypominały więzienia, które podkreślały brak ich wolności. Całe przedstawienie zostało zamknięte w formie klamry, która też w pewien sposób symbolizowała kontrolę.

W pierwszej scenie dwóch reżyserów, granych przez Marcina Nowickiego i Kajetana Bartosika, musi szybko stworzyć scenariusz. Na końcu ci sami aktorzy wychodzą z ról mieszkańców miasteczka i ponownie stają się reżyserami. Odwracają się do siebie i wykrzykują: Tak! Ten zabieg dodaje kolejną warstwę motywu przewodniego sztuki. Wszystko, co dzieje się z bohaterami dramatu jest z góry wymyślone przez mężczyzn-reżyserów. Postaci stają się marionetkami w ich rękach.

Wierna Wataha to spektakl pełen dynamicznych scen i mocnych ról aktorskich, który niestety momentami wydawał się przeciągany. Wielowątkowość to jego największa zaleta, ale też i wada. Mimo tego, dzięki wspaniałej pracy aktorów i bardzo dobrze zagospodarowanej przestrzeni scenicznej, jest ona spektaklem, który pozostanie w pamięci widzów.